|
Kontakt: gg: 5304555e-mail: aga-koty-klopoty@blog.plwyprzedaż ciuszków Zo: Allegro
Antyatlas W stronę Marakeszu Kompletne (i mniej) pustki Biżuty i takie tam inne kocim okiem patrzę Nagłówki poprzednie Pavic Wilk Bukowski 2 Gaiman Murakami Bukowski Kuchenne O chlebie Kuchnia TV Kociaste heino Kot wspaniały (nie tylko kociasty) pięknykotniebieskooki Obrazki komentujące pranie Endo i Belle Strony nieblogowe Open'er 2009 Beksiński, Tomasz Beksiński Zembaty (Maciej) to w zasadzie jest blog... ale Baba Zula (istanbul çocuklarý) Kasia Bauer (strona mojej koleżanki, mój prezent dla niej) Murakami (druga połowa cienia) Osiecka Leonard Cohen encepence no właśnie krawiec (kravietz) (jak to było: dj i performer) dj krush (chłód) Patty Diphusa De Phazz (moje nurkowanie w ciepłej wodzie) Stina Nordenstam (kobieco) Einsturzende Neubauten (hałas pieszczący uszy) Ch. Bukowski - po polsku Panie i panowie a kocica papierosa tirana Nina (notatki na mankietach) mijka nec-mergitur siła miłości płk Kiszczak Przemek woda (lekko.gazowana) probably (czyli xyś) jak ciotka w Kielcach sistermoon zimno pierwsza żona (a w dodatku z Zośką) carramba czysta halucynacja Hermenegilda Kociubińska zakochałam się w nazwie, a i sporo nas łączy Jaki tam nielot... czasami odlot ;-) Ukryta radziecki-termos (po prostu)
|
.
---------------
1294 cześć. wracam po weekendzie. po prostu, czasami, życie przerasta kabaret. no ale zawsze można mnie śledzić w blip okienku. byłam cholernie zmęczona. a w weekend obrobię troszkę słonecznych zdjęć. 2010-11-04 20:26:14 skomentuj (25) . >tirana - można i poczytać i pogadać oraz popisać. zrób sobie konto, to pogadamy. ----------- 1293 jakoś a pusto w tym Sarajewie było popołudniową porą. wszystkie kobiety w chustach znikły. aż można było pomyśleć, że nagle odrzuciły chusty, pożegnały się z islamem. i wmieszały się tłum. tylko tłumu nie było. niewiele osób tubylczych siedziało w knajpkach, przeważali turyści, tacy jak my. bo my szukaliśmy klimatu wschodu. a tu pusto i cicho. na minaretach zielone flagi.
i właśnie po tych flagach oraz po banerach z napisami wiszących w poprzek ulicy zorientowałam się, że jest ramadan. zresztą zorientowałam się bardzo późno, gdyż już w Travniku, w którym byliśmy wczesniej, po zachodzie słońca nagle zaludniły się knajpki i zaczęła się impreza. a kelnerzy zaczęli wręcz śmigać. robiło się coraz ciemniej i ciemniej. ludzie wychodzili na ulice, czekali na zawołanie muezzina, a potem biegli gdzieś, żeby zająć miejsce i zjeść, napić się. tłum na placu Bascarsija stawał się coraz bardziej wschodni, pojawiało się coraz więcej kobiet w chustach. i tu dygresja, czysto estetyczna, te kobiety, w sukniach, spódnicach do ziemi, kaftanach i chustach są niesamowicie urocze, pełne niedopowiedzeń, pomimo, a może właśnie dlatego, zakrytego maksymalnie ciała, emanują seksem. wróćmy na plac. rozbysły światła. klimat zrobił się iście karnawałowy. jak karnawał, to karnawał. postanowiliśmy wtopić się w tłum i pożyć jego życiem. bo było warto.
tu skubnęliśmy coś, tam popatrzyliśmy na pana, który rysował. przysiedliśmy na moment, albo bez celu włóczyliśmy się po uliczkach. i nagle trafiliśmy na coś niesamowitego.
oto w Begova dżamija (i w innych meczetach też) trwały modlitwy. można było wejść na dziedziniec i siedząc cichutko przypatrywać się. transowe pokłony, dziwne slowa. spokój, gracja ruchów - szczególnie kobiet. i jakaś szczególna nieformalność całej uroczystości, dzieci siedzące na dywanach, porozrzucane buty, przychodzące i wychodzące osoby. z grupy kobiet w chustach wyszły dwie dziewczyny, równie szczelnie owinięte. stanęły pod murem meczetu, odwinęły chusty i nagle pojawiły się długie blond włosy, długie kolczyki. zdjęły kaftany - a pod nimi zwykłe bluzeczki z krótkimi rękawkami. wszystko schowały do toreb i wyszły sobie. znikły w tłumie. nikt by nie pomyślał, że chwilę przed były na modlitwach w meczecie. powoli wracaliśmy do hotelu. powoli, bo miasto kusiło. miasto kusi i wciąga o każdej porze dnia i nocy. miasto stara się zapomnieć o oblężeniu. miasto - uosobienie chęci życia. wracaliśmy do hotelu, a po drodze zajrzeliśmy do kolejnego meczetu, zaraz obok placu Bascarsija. na placu szaleństwo, turyści z aparatami fotograficznymi, handlarze, mieszkańcy Sarajewa. wszyscy gdzieś szli, czegoś chcieli. część osób ubrana w szaliki z herbem Bośni i Hercegowiny, gdyż trwał mecz. a meczet (mecz - meczet) trwał w rozmodleniu. odcięciu, odosobnieniu.
nie jadę do Sarajewa by metodycznie je zwiedzać. by odhaczać znalezione sarajewskie róże. nie jadę by stwierdzać, że ta część miasta jest europejska, a tamta wygląda, jak pożyczona z Istambulu. ja jadę tam przenikać. bezboleśnie przekraczać moją własną granicę na Bosforze. przenikać zapachami, uczyć oczy kolorów. spoglądać na minarety i cieszyć się jak dziecko, gdy słyszę śpiew muezzina.
może powinnam podchodzić do Sarajewa, jako do miasta, w którym tworzyła się historia, które niesamowicie cierpiało. nie wiem, czy chcę. bo to miasto ujmuje życiem, taką radością i smakowaniem każdej chwili. jako prawdziwa agnostyczka wolę pojechać do Sarajewa po to by tropić trzy religie monoteistczne. trzy religie, które ze sobą walczą, unikają się, a jednocześnie korzystają z tych samych źródeł, wprowadzają podobne ograniczenia wyznawcom, pożądają rządu dusz. lubię patrzeć, jak się przenikają, istnieją razem. i znów czysto estetycznie, uwielbiam widok minaretów górujących na miastem, uwielbiam monotonny śpiew muezzina, a na to nakładające się kościelne dzwony. Sarajewo ma smak mocnej, ziemistej kawy parzonej w tygielkach, ma smak mdłego rachatłukum, ma smak kwaśnej lemoniady. Sarajewo pachnie rozgrzanymi budynkami, jakimiś wschodnimi przyprawami, dymem z grilli węglowych, chlebem (a właściwie pitą). Sarajewo brzmi. atakuje wszystkie zmysły, nie nachalnie, tylko subtelnie, otula swoim urokiem. przyciąga. jest moje. calkiem oswojone. 2010-08-29 23:46:43 skomentuj (10) .
----------
na mapie była zaznaczona grubą czerwoną kreską. już w Czarnogórze zwężała się, nawierzchnia była coraz gorsza, ale nam to nie przeszkadzało za bardzo, gdyż byliśmy bardzo zajęci. mijaliśmy Jezioro Szkoderskie:1292
13. w piątek pojechać do Tirany. przeznaczenie. a jechaliśmy z Czarnogóry, z sanktuarium prawosławnego (o tym później). jechaliśmy na południe, a świat tracił kolory. powoli wszystko stawało się brudne i przykurzone. my, droga i kurz.
a gdy mijaliśmy jezioro, to rodził nam się plan. plan pt. Montenegro 2011. tak o. więc jechaliśmy na północ. drogą wąską. coraz bardziej przerażeni. bo w końcu to Albania. kraj, o ktorym w zasadzie nic nie wiedzieliśmy. poza tym, że tam są bunkry, że krajem rządził maniak Enver Hodża, który, poa wprowadzeniem terroru i zamordyzmu uszczęśliwił Albańczyków i Albanię bunkrami (praktycznie 50% PKB szło na budowę bunkrów, tak żeby każda rodzina miała prywatny)
na początku bunkry bawiły. śmieszyły. dość komicznie wyglądały małe kopułki ukryte wśród traw. krzaków. kopułki, jak przerośnięte purchawki. a potem myśl, co za życie mieli ludzie, skoro opowiadano im, że cały świat czyha na ich dobra, knuje przeciwko nim. że zamiast na naukę, lecznictwo pieniądze szły na bunkry. dużo bunkrów. bardzo dużo. czy traktowali to, co mówił Hodża poważnie, wierzyli w wiecznie zagrożenie, czy nie widzieli w tym absurdu. przestało być śmiesznie. dobrze, że w aucie śpiewał Janerka.
miasta. wieczny nieporządek. i na ulicach. no po prosto brud. przejeżdżaliśmy przez miasta, które wyglądały jak slumsy. spore miasta. cieszyliśmy się z tego, że siedzimy w naszym kochanym aucie z klimatyzacją. a w miastach sklepy, sklepiki. towar wylewał się na ulice, pokrywał się kurzem z niezamiatanych chodników. jakieś ciastka, cukierki traciły kolor w przeraźliwym słońcu. mężczyźni siedzieli w knajpkach, pijąc piwo, kawę. siedzieli w obowiązkowych klapkach i patrzyli. przed siebie, w butelki piwa, w kawę. nicnierobienie i stagnacja.
nawet krajobraz był nudny. gdzieś w oddali wielkie góry, ale nas wiodła droga po płaskowyżu. Michał zaczynał się uczyć jeździć po albańsku. należało uwierzyć, że ma się pierwszeństwo i jechać do przodu. jedynym obowiązkowym przepisem było to, że obowiązywał ruch prawostronny. no i trzeba było mieć mocny sygnał. oraz oczy wokół glowy, gdyż kierunkowskazy nie są za bardzo używane - oszczędzają żarówki chłopcy. auta. Albania to kraj mercedesów. różnych. po drogach i autostradzie (sic!) toczą się stare merce, niezbyt stare merce oraz nowe merce. inne samochody są w ilości śladowej. w pewnym momencie doszłam do wniosku, że mycie aut to jakiś sport narodowy. średnio co 200 m znajdowała się lavazh a czasami nawet super lavazh (myjnia, super myjnia). do tej pory nie wiem, czym owa lavazh różniła się od tej z dodatkiem super. cztery kołki, na nich dach, a pod dachem myjka karchera. choć z drugiej strony, przy stanie ich dróg auta trzeba dość dokladnie myć.
stacje benzynowe mamiły "dobrymi" logo. cieszyły prześmiesznymi nazwami. mieliśmy mieszane uczucia, czy nasze auto nie zastrajkuje po albańskim paliwie. ale dało radę. odcinek ok. 60 km jechaliśmy ponad 3 godziny. w końcu dojechaliśmy do Tirany. i zonk. nasze opony ślizgają się po ichnim asfalcie. na trzypasmowej ulicy jest 6 rzędów aut. i na dodatek to z lewej skręca w prawo, a to z prawej, dla odmiany, koniecznie musi skręcić w lewo. i nie czeka, aż ktoś wpuści. po prostu skręca. i uciekaj człowieku ze swoim autem, gdzie chcesz.
zazwyczaj jest tak, że europejskie miasta mają jakieś stare centrum, zabytkowe kamieniczki, wąskie uliczki. a tu nic takiego. główna aleja, wzdłuż obetonowanej rzeki. dwa szerokie pasy rozdzielone właśnie bardziej kanałem niż rzeką. wzdłuż alei budynki. ciągle budynki jak z koszmaru archietekta. czasami urozmaicone chorymi kolorkami.
centrum miasta to plac Skanenberga. wielka przestrzeń, w sam raz do defilad, manifestacji. wokół, śmierdzące socrealizmem budynki, przed każdym budynkiem strażnik - ministerstwa. zabytkowe, stare centrum zostało wyburzone. teraz jest jeszcze rozkopane, gdyż władze miasta starają się odtworzyć wygląd sprzed wyczynów Hodży. obok wielkiego placu meczet (z banerem informującym o ramadanie) i zabytkowa wieża zegarowa. na srodku placu Skanenberg, gdzieś pędzi konno bronić kraj przed Turkami. szukaliśmy hotelu. jak zawsze wszystkie hotele się pochowały. w końcu JEST, za jedyne 80 EUR przenocowaliśmy w ekstra hotelu konferencyjnym. wszystko nowe, czyste, obsługa ujmująca. a my w klapkach i wakacyjnych ciuchach. karma i dysonans. pod oknem knajpka, w której zjedliśmy super obiad. za grosze. w knajpce plac zabaw. mieszkańcy Tirany wylegają wieczorem tłumnie, piją, bawią się, jedzą. nocny karnawał. nie wiem, czy to z powodu ramadanu, czy z powodu tego, że temperatura robi się znośna po 20. wcześniej słońce pali, szaleje. postanowiliśmy wysłać kartki. pani w hotelu powiedziałam nam, gdzie jest poczta. idziemy, idziemy. i wtem! czy pamiętacie koników, którzy handlowali walutą, złotem itp. przed bankami? tam jest taka wściekła uliczka, gdzie wymienisz walutę, kupisz sobie złoty łańcuch pancerkę, a także akcesoria telefoniczne. policja stoi i nic nei widzi. handel to handel. poczta. idziemy do okienka i porosimy o kartki. pani niekumata, ale z manikiurem na 3 cm pokazuje nam, że kartki to dostaniemy przed pocztą. na takich mini stoiskach z papierosami, kopertami (sic!), pocztówkami na wszystkie okazje. dostajemy plik pocztówek spiety recepturką, wybieramy sobie parę. pocztowki są z całej Albanii, wymieszane. na poczcie adresujemy, piszemy. wzbudzając przy tym dość niezłe zainetesowanie. dajemy pani w okienku i modlimy się, żeby doszły.
a potem jedziemy całkiem współczesną kolejką na szczyt góry. mijamy kolejne bunkry, podziwiamy widoki. kolejka lekko szarpie. na czubku góry pijemy kawę/ colę. zjeżdżamy. wyjeżdżamy z miasta. wyjeżdżamy z kraju. bardzo wąską drogą.
podsumowanie: Albańczycy są niesamowicie komunikatywni, fajni, otwarci i ciepli. i mówią dobrze po angiesku (przynajmniej w Tiranie) Albania wyglada, jak Polska na początku lat 90. handel, handel, handel szkoda, że jest tam tak brudno. widziałam sytuację taką: pani wypiła puszeczkę napoju, zgniotła ją i wywaliła pod rosnące drzewko. ot tak trzeba dać temu krajowi czas. koniecznie. i pomoc. bo tam jest potencjał aaa. nie widzieliśmy byłego mauzoleum Envera Hodży - nie chciało nam się. więcej zdjęć na picassie 2010-08-23 23:07:01 skomentuj (9) .
Ania od Maroka - napisz mi e-mail w komentarzu proszę, a nie w tym miejscu na e-mail, blog od strony administratora obcina za długie adresy. odpiszę na 100%
Futrzak - robiłam b. wcześnie USG i było widać ślady po jajeczkowaniu właśnie w tym, w zasadzie nieczynnym, jajniku. gdybym wierzyła w cuda bym powiedziała, że to cud. ale to nie cud, tylko dość niebezpieczna sprawa, gdyż jajowód od tego jajnika jest jakiś pozakręcany i zamiast Zo mogłam mieć piękną ciążę pozamaciczną. fuj a lekarz żyje. znalazłam go. i chcę wiedzieć, jakimi hormonami mnie raczył. i na podstawie jakich danych medycznych stosował terapię hormonalną w przypadku nie dokońca rozwiniętych organizmów. IMHO wystarczyłby tran, dobrze zrobiony antybiogram i porządnie dobrane antybiotyki, podcięcie migdałów, a nie takie coś. ale pan najwidoczniej nastawiony był na szybkie i efektowne wyniki, co - ponieważ leczył prywatnie - dawało mu proste przełożenie na finanse. być może oceniam go ostro, ale teraz jestem b. zła. serio. ----------- 1291 Karma police I've given all I can It's not enough Karma police I've given all I can But we're still on the payroll This is what you get This is what you get This is what you get when you mess with us For a minute there I lost myself I lost myself Phew for a minute there I lost myself I lost myself
to ty nic nie wiesz Agusiu? zapytała mnie ciocia Basia przed godziną. zachwycałam sie smukłą, ale silną sylwetką Zosi, jej pociągłą buzią. a potem, ze zdziwieniem w głosie, dodalam, że to dziwne, iż w wieku 5 lat wyglądałam tak jak ona, a teraz za mnie jest taka wielka (i powiedzmy prawdę - tłusta) baba.
ciocia Basia stwierdziła, że miałam tylko mniej pociągłą twarz wtedy, ale też byłam tak zbudowana. a zaczęłam tyć dość gwałtownie po jednej z kuracji, którą zafundowali mi rodzice. właśnie mniej więcej w wieku 5-6 lat. wg mojej Mamy za często chorowałam na anginy - akurat tego nie pamiętam - więc rodzice wybrali się na wizytę do lubelskiej sławy laryngologii. babcia stała przez noc w kolejce i mnie zapisała. lekarz przypisał mi zastrzyki, wzięłam ze dwie serie, w międzyczasie podobną kurację zaliczył mój równie chorowity brat. faktycznie przestaliśmy chorować, a zaczęliśmy jeść i tyć. wg Mamy w końcu porządnie wyglądać. z jakiejś przyczyny, któregoś dnia, po kolacji (to warte podkreślenia) wylądowaliśmy u naszej starej pediatry. ona badała brata, a ja namierzyłam na szafce jabłka i zaczęłam je pożerać. lekarka przerażona zapytała co ze mną jest, gdyż do tej pory byłam dzieckiem w_zasadzie_nie_jedzącym. rodzice opowiedzieli o tej kuracji, pochwalili się, że rosnę, tyję i w końcu zaczynam normalnie wyglądać. pani pediatra złapała się za głowę i powiedziała, że ten lekarz leczy końską dawką hormonów, po której co prawda odporność wzrasta, ale w nierozwiniętym organizmie dziecka potrafią one sporo narozrabiać. rodzice się wystraszyli i przestali nas szpikować tym czymś. a ja ze smukłego dziecko stałam się "duża". mój brat także. nie wiem, czy łączyć fakt kuracji hormonalnej z tym, że nie mam praktycznie jednego jajnika. jest zdegenerowany, mały. żeby było śmieszniej to z tego jajnika się wykluła Zosia... sama nie wiem, co o tym myśleć. ale jakoś ostatnio wyłażące trupki z szafy i ich smrodek mnie nie cieszą. karma twoja mać, kurwa mać. 2010-07-07 22:28:47 skomentuj (24) .
----------
1290 bo kto powiedział, że dziewczynki mają mieć długie włosy. na wyraźne życzniene Zosi i na wzór progenitury Jolie-Pitt, zafundowaliśmy dziecku zwykłą chłopięca fryzurkę: ![]() ![]() a wieczorem państwo się pakują i jadą na północ na festiwal kaloszy i lansu. bo bywać trzeba :P. 2010-06-30 10:54:23 skomentuj (8) .
-----------
1289
2010-06-25 09:43:19 skomentuj (12) .
-------------
1280 o papierze. nie papieŻu, tylko papierze. nie znoszę faksu, za przysyłanie faksów mam ochotę mordować, przegryzać tętnice, czynić zło. niestety mamy grupę klientów, którzy uwielbiają faksy, a nawet gorzej, oni uwielbiają je otrzymywać. najciekawsze jest to, że mają internet podłączony do firmy ;-), ewentualnie firmę do internetu, ale maila nie odbierają, bo po co. przysłanie jakiegoś pdfu-u grozi atakiem telefonicznej histerii. a zaczęło się wszystko od tego, że staramy się o dofinansowanie z UE, chyba jak wiele polskich firm. wypełniamy wnioski, które nagrywamy na płytę, przy okazji robimy wydruk w N kopiach i wszystko niesiemy do fundacji, która się nami "opiekuje". fundacja czyta pracowicie i potem bierze, i pisze. dużo pisze. że w kolumnie 5 zgubiliśmy 2 grosze. albo nie wyszczególnilimy wszystkich działań, które zamierzamy podjąć. jak już napisze, to drukuje i wysyła faks. z adnotacją, żeby podpisać i podpieczętować każdą stronę i im odesłać. i tak sobie faksy latają. mailem nie można. bo jak to. tłumaczyłam panu, że i oszczędność czasu, papieru będzie, gdy wyśle nam mail z uwagami, my go przeczytamy i odeślemy z adnotacją "przeczytane". ale NIE MA TAKICH PROCEDUR. zapytałam pana, czy nie szkoda mu tych drzew wycinanych na korespondencję, którą można załatwić drogą elektroniczną. no szkoda, ale NIE MA TAKICH PROCEDUR. ale to jeszcze nic. mój mąż jest nauczycielem (powinnam napisać Nauczycielem). wychowawcą klasy, co skutkuje tym, że cała papierologia jest na jego głowie. we wrześniu wypełniał płachty zwane arkuszami ocen. a 17 czerwca wyszło zarządzenie, że płachty trzeba od nowa przepisać, gdyż na pierwszej stronie musi zostać wpisany PESEL ucznia, a na ostatniej muszą być dopisane nowe przedmioty.... furda, że na pierwszej stronie jets dość miejsca, żeby wpisać PESEL, furda, że na ostatniej stronie sa wolne rubryczki na ręczne dopisanie przedmiotów. no i furda, że zapewne arkusze ocen stare są jeszcze. te stare do kosza, bo się wzór nie zgadza. a potem raźno drukujemy nowe arkusze ze wzoru, który pojawił się w sieci 21 czerwca (sic!) i piszemy od nowa. ciekawe, dlaczego ministerstwo nie wpadło na pomysł, żeby wypuścić nowe arkusze we wrześni, gdy był obowiązek ich założenia. no ale po co. to tylko papier i tylko czas nauczycieli. conie? ale edukacja na rzecz ochrony środowiska i wszelkie alerty ekologiczne są w modzie. o! 2010-06-22 08:28:38 skomentuj (3) .
------------
1279 obejrzeliście dokładnie? jak nie, to proszę obejrzyjcie jeszcze raz. a teraz powiedzcie, jakie role życiowe pełnią kobiety ze spotu. od początku: 1). matka (zapewne, żona też) siedząca z dzieciną w dobrze urządzonej kuchni 2). nieporadna staruszka, ktorej trzeba pomóc 3). zakochana dziewczyna x 2 a także anonimowy tłum, tj. elementy tego tłumu. a panowie. wyliczmy: 1) białe kołnierzyki (zapewne biznesmeni) za komputerami, gratulujący sobie 2) panowie pracownicy fizyczni 3) ziomale 4) a i zakochany pan też jest x2 5) i ojciec dla równowagi 6) chłopiec harcerz 7) dziadziuś - całkiem sprawny dla mnie wniosek ze spotu jest prosty. babo! znaj swoje miejsce. Ty masz siedziecieć w kuchni, przy garach, z dzieckiem, a pan Ci urządzi luksusowe miejsce pracy. inne atrakcyjne zajęcia i rozrywki są dla panów. a Ty masz piękna jak kwiatuszek siedzieć w domu i ogrzewac ognisko domowe, albo cokolwiek. można to uznać za wpadkę, lub niedpatrzenie, ale cholernie mi sie nie podoba, że kandydat, ktory w końcu zatwierdzał spot nie zauważył takiego braku symetrii. najwidoczniej kobieta li tylko domowa to dla niego norma. troszkę schizofrenicznie wygląda to wobec poglądów głoszonych przez PO o parytetach i równości kobiet. podteksty są fajne. a spot miał być o zgodzie. PS. pierwszy raz od wielu lat udało mi się napisać 2 notki dziennie, proszę to uszanować. aaa i Luca podpowiada, że glosy męskie mówią o różnych rzeczach a żeńskie o macierzyństwie i malżeństwie. parytety wurwa ich w ząbek czesana mać. 2010-06-16 19:42:41 skomentuj (7) .
----------
1278 a miało być o wyroku Trybunału Europejskiego wczorajszym. ale sobie jechaliśmy dziś rano do pracy i słuchaliśmy Trójki, a tam zachwycone głosy panów, których żony PUŚCIŁY na Sonisphere Festival (gra tam m.in. Slayer, Antrax i chuj wie po co Metallica). panowie, z radościa młodego onanisty w głosie, oznajmiali, że moga i wo góle. no mają klawe żony. a żony na blogach, forach etc. będą pisać, ze panowie, puścili je na kawę z przyjaciólkami, wyjazd do spa etc. i to jest ich pierwsze wyjscie bez dzieci po miliardzie lat wychowywania progenitury. no tak się puszczają na wzajem. a ja zastanawiam się, czy widząc, że partnera coś interesuje, chce odpocząć, zmienić na chwilę otoczenie itp. nie można działać tak po prostu. i nie PUSZCZAĆ i dawać chwilową wolność, tylko uznać, że mąż. żona (kolejność alfabetyczna) to człowiek i potrzebuje tego czasu tylko dla siebie, dla swojej muzyki, zainteresowań. że pani nie jest przyspawana do dziecięcia, pana, domu, kuchenki i pralki, że pan nie jest przyspawany do pani, a rączki pana nie są przyklejone do zadka. i pan potrafi zająć się dziecięciem (a nie tylko je zrobić), ogarnąć dom i takie tam inne. jak sobie czytam, słucham itp. to wydaje mi się, że panie na własne życzenie się przyspawują do ww obiektow. i fundują przyspawanie panom, tak w ramach cichej zemsty. nie rozumiem. ale ja niewiele rozumiem. a potem piszą, że pan był dzielny bo został z 2-latkiem i nawet pieluchę zmienił, zupkę podgrzał. co prawda dom po 2 godzinach nieobecności pani zamienil się w stajnię Augiasza, no ale pan dał sobie radę... przerysowane toto z mojej strony trochę. wiem. to dla równowagi przerywnik muzyczny. przez chwilę nie lubiłam tych niewiast, gdyż openerowy pan akustyk spieprzył ich koncert niemożebnie. ale wydały nową płytę, to zapraszam na łyk lemoniady od wąsatych siostrzyczek: cała płyta jest niesamowita więc tradycyjnie hucznie polecam. a jednak wrócę do wyroku Trybunału Europejskiego, ale nie będę się rozpisywać. zamieszczę tylko cytat z GW, może stronniczy, ale who cares: Z najnowszych danych MEN wynika, że etyka jest nauczana w 2,4% polskich szkół, a religia w 72%. MEN nie ma danych, ilu uczniów chciałoby korzystać z lekcji etyki, ale nie może. rewelacyjne zamiatanie problemu pod dywan. MEN nie wie, więc co wie MEN? zupełnie bez związku z powyższym, robiąc sobie przerwę od Stambułów, Sarajew i innych takich, czytam stronniczą, a jakże, książkę Poza wiarą. jak wychować etyczne dziecko w świeckiej rodzinie. zachwycona nadmiernie nie jestem, gdyż książka jest bardzo amerykańska, niemniej polecam, sądzę, że może pomóc. pokazuje też, jak ludzie odchodzili od wiary, dlaczego instytucje, które mają pogłębiać wiarę doprowadzają do utraty owej. co zamiast wiary i wychowania "za dobre wynagradza, a za złe karze". 2010-06-16 09:12:48 skomentuj (2) .
---------
1277 o walce z gębą będzie. tj. nie z pryszczami, ktore mi wyrosły na twarzy, albo z permanetnym i codziennym brakiem urody. dotarł do mnie zestaw całkiem smakowitych ploteczek o mnie, choć te o moim mężu są znacznie bardziej smakowite. szkoda tylko, że wyssane z brudnego palucha. z racji wieku i doświadcznia życiowego nie chce mi się ani kopać się z koniem, ani udowadniać, że nie jestem wielbłądem. za to mam sporo czasu wolnego i trochę kasy, którą mogę zainwestować w dobrego adwokata i tak sądzę, że sprawa sądowa byłaby niezłą zabawą. so? tak, jestem wściekła. a jak jestem wściekła, to myślę wyjątkowo logicznie i przestają mnie interesować uczucia otoczenia, szczególnie, gdy te plotki dotykają bezpośrednio mojej rodziny, godzą w jej dobro. w innej sytuacji, gdyby dotyczyło to tylko mnie wzruszyłabym ramionami i, co najwyżej, pożyczyłabym młoteczek jubilerski do celnego popukania się w czoło. ale tak to raczej nie. a poza tym, zupełnie mi się nie podoba przerzucanie odpowiedzialności za swoje błędy (a właściwie zaniechania) wychowacze na mnie. ani, tym bardziej, swojego modeu relacji z ludźmi. więc siedzę i myślę. trybiki w głowie robią bzzzzyt-bzyyyt.
-------------
zaczęło się to wszystko dawno temu. od Pragi Magicznej. wcześniej ksiązki o miastach mnie nie bawiły. pokochałam Pragę i zaczęłam szukać o niej książek. no i natknęłam się na Pragę Magiczną. i wsiąkłam, bo nigdy wcześniej, tak gęstej od słów książki nie czytałam. a przyjemność nurkowania w przypisach. a później obejrzałam Życie jest muzyką. film kończy się takim utworem: i jak łatwo przewidzieć zakochałam się. w międzyczasie "odkryłam" Pamuka (buhahahah odkryłam, kiedy on noblista i wszystkie empiki i takie tam inne były przez pewien czas nim przystrojone, tj. nie nim osobiście, ale jego ksiązkami). polubiłam Pamuka i zabrałam się za czytanie. a on wtedy (zupełnie, jak na moje zamówienie) napisał Stambuł. Wspomnienia i miasto. dla mnie odpowiednik Pragi Magicznej. czyli zobaczyłam czarodziejską stronę miasta. pełną zapachów, dźwięków. nie z pocztówek, ale też nie surową. nie z przewodnika Pascala. raczej taką do powolnego snucia się i smakowania. z pragofilii wpadłam w stambułofilię. automatycznie sięgnęłam po książkę Maxa Cegielskiego Oko świata. Od Konstantynopola do Stambułu. miasto przestaje być piękne, patyna nostalgii zdrapana. widać konflikty, rozwarstwienie społeczeństwa. i życie w mieście na granicy kontynentów staje się zwykłe. na szczęście. ale nadal ciągnie. ciągnie, żeby sprawdzić, czy mam bardziej oczy Pamuka, czy Cegielskiego. w międzyczasie znów postanowiłam zobaczyć Stambuł damskimi oczyma. więc Pchli pałac Elif Safak. to historia jednego domu i niesamowicie opisanych relacji międzyludzkich. znów poczułam ciepłe powietrze, ale i smród, bałagan. i tym razem ni emiasto jest bohaterem, tylko ludzie. a ludzie na całym świecie są tacy sami. i znów sięgnęłam po Pamuka. tym razem po prawdziwy romans bez happy endu ;-), czyli Muzeum niewinności. a tam Stambuł z lat 70. i cudna schizofrenia. bo z jednej strony radosne lata 70 i Travolta, baki, seks, kule blyszczące, a z drugiej strony kultura islamu. i taki typowy romans nietypowo rozegrany. i kompletnie nie wiem, jak zwiedzać ten Stambuł. muzycznie, wg Pamuka, wg Cegielskiego. nudnie i porządnie bo z Pascalem? na razie poczekam. i... pojadę do Bośni. 2010-06-14 08:45:41 skomentuj (3) ![]()
|
|