RSS
 

7.

17 lis

jak wpis siódmy, to będzie krwiście.

oto wyrosło mi coś na plecach. co wyglądało dziwnie, bo jak jajo czerwone. jajo było wypełnione krwią i w dowolnych momentach pękało, po to by mnie tą krwią zalać. więc cała sytuacja podobała mi się średnio.

zachęcona przez grono dobrych wiedźm poszłam do rodzinnej. tam od ręki dostałam skierowanie do chirurga i zalecenie do której przychodni powinnam się udać. toteż się udałam. planując plan B, bo miała być kolejka i na zabieg miałam zapewne czekać pół roku. w tym czasie obcy na plecach mógłby mi urosnąć do rozmiaru jaja strusiego. więc podliczałam oszczędności i wizualizowałam wizytę i zabieg prywatnie.

dotarłam do przychodni. tam kolejka. jak zawsze. ale kolejka rozbawiona, bo panie w okienkach dość radośnie obsługiwały pana wionącego niedzielną imprezą i dumnie wyjaśniającego, że on nie ma ubezpieczenia, a jest chory icomuzrobicie.

pan wionący wypełnił druczek i poszedł wonieć do lekarza, kolejka się dowiadywała, że do kardiologa to zapisy od 7 rano, codziennie i osobiście. na zaś nie można. kolejka dowiadywała się też, że oczy badamy w styczniu, lub lutym. a na rehabilitację to na trzecie piętro, ale winda nie działa.

w końcu kolejka w kolejce zrobiła się moja. nieśmiało podałam dowód osobisty i skierowanie. pani w okienku chwyciła za słuchawkę i zaczęła gdzieś dzwonić. jak się okazało – do chirurga. niestety telefon był zajęty, więc chwyciła nożyczki i zaczęła walić nimi w kaloryfer. okazało się, że to odpowiednik znaków dymnych i po chwili coś ustalił z obsługą gabinetu. dostałam coś, jak paragon i zostałam skierowana do.

tam siedziała zdezorientowana dziewczyna, bo w gabinecie pusto. no to weszłam i powiedziałam głośno „dzień dobry”, bo uznałam, że krzyczenie „hop hop, jest tam ktoś” niekoniecznie na miejscu jest. no i pojawiła się pani pielęgniarka, pobrała paragon i powiedziała „za chwilę”.

chwila minęła bardziej niż szybko. poproszono mnie do gabinetu. chirurg popatrzył na obcego i radośnie oznajmi „tniemy!”. zapytałam nieśmiało, czy tak zaraz i już. chirurg się obruszył, że jak nie chcę, to on nei musi. no to chciałam. rach – ciach i się pozbyłam obcego, który zamieszkał w słoiczku i pojechał na badania, a ja wzbogaciłam się o dwa szwy na plechach, które ciągną teraz i swędzą okolicznie.

nie ma jak zacząć z przytupem (skalpelem) poniedziałek.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

6.

13 lis

we wrześniu Zosia przywlokła wirusa ze szkoły. nie dość, że sama zachorowała, to się ze mną podzieliła. wirus zostawił pamiątkę – suchy, duszący kaszel. kaszlemy obie, tj. Michał też kaszle, ale on kaszle tylko rano, więc to chyba inny kaszel. na nasz kaszel nic nie działa, no może poza pochodnymi kodeiny.
z racji uprawiania sportu przez Zosię, udałyśmy się na przegląd sportowy, jak zawsze co pół roku. pani doktor usłyszała nasz kaszelek, wypytała co i jak. i przepisała inhalacje ze sterydów.
i teraz wyobraźnię należy uruchomić. przypomnijcie sobie moje rozmiary. bo jestem dość dużą babą. i wyobraźcie sobie Zofię pytającą uprzejmie „mamo, czy już wzięłaś swoje sterydy?”.
kwik.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

5.

11 lis

moje życzenia dla Polski i Polaków z okazji 11.11.

mój drogi kraju (drogi w każdym aspekcie) – uwierz, to jedyna droga.

wojna_wojnie

obrazek wzięty ze strony na fb Wojna Wojnie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

4.

05 lis

zawodowo będzie. tzn. o tym, ile działań muszę pojąć, żeby naszyjnik/ kolczyki zrobić. na przykład taki zestaw, jak na zdjęciu.

etno_2_komplet_logo_01

1. wszystko zaczyna się od pomysłu, to coś podpatrzę, tam pokombinuję, na szczęście fantazja u mnie ma się dobrze i to akurat idzie szybko i łatwo.
2. potem kamienie, tzn. najczęściej jakieś kaboszony (czyli specjalnie szlifowane kamyczki, do oprawy), gdyż najczęściej oprawiam kamienie. i tu, albo sięgam do magazynku domowego, albo buszuję i internetach. ostatnio, aby znaleźć właściwy kaboszon kamienia księżycowego przejrzałam kilkadziesiąt stron na ebayu.
tutaj kamienie dostałam od koleżanki Hani.
3. równolegle z szukaniem kamieni, sprawdzam, czy mam dostatecznie dużo srebra i jak trzeba to domawiam.
4. załóżmy, że potrzebna mi jest blacha, a zazwyczaj jest, wtedy najpierw topię srebro. ze ślicznych granulek próby 999, domieszkując je miedzią i dodają resztki pozostałe z produkcji. potem walcuję walcarką. walcarka to takie coś, jak maglownica, tylko z walcami z hartowanej stali – napędzana ręcznie. po przetopieniu srebro ma grubość ok 4 mm, a ja muszę zejść do grubości 0,5-03 mm. zajmuje mi to około godziny. co pewien czas muszę „odpuścić” srebro, czyli wygrzać je, aby znów stało się miękkie, walcowanie/ walenie młotkiem utwardza metal.
5. mam już blachę. więc mogę zabrać się za oprawianie kamieni. wycinam długi pasek o szerokości mniej więcej 2/3 wysokości kamienia. na wszelki wypadek wygrzewam go, żeby był mięciutki. owijam nim kamień po obwodzie, odcinam, szlifuję krawędzie na płasko, zwijam w coś kółko podobnego, lutuję. chłodzę, sprawdzam, czy pasuje. jeśli pasuje, tj. kamień mieści się ciasno, to dolutowuję denko, albo większy kawałek blachy, który stanowi bazę wisiora. tak się robi oprawę, która się nazywa carga.
w przypadku tego kompletu zlutowałam trzy cargi, które potem lekko przerobiłam. wycięłam dna w denkach, po to między innymi, żeby odciążyć maksymalnie kolczyki, które są dość masywne. wycina się takie dziurki piłką włosową, czyli laubzegą. zaczynam od wytrasowania linii, potem wiercę obok tej linii dziurkę, przez dziurkę przekładam brzeszczot piłki, skręcam wszystko i piłuję. piłowanie to bardzo miłe zajęcie.
6. czas na malutkie miseczki, które są elementem środkowym wisiora i kolczyków. przy pomocy tzw. wykrojnika do kółek i młotka wycinam kółka. o dwóch różnych średnicach. potem zaznaczam miejsca na otwory montażowe i idę wiercić. wiertłem ok. 1,5 mm średnicy.
tym razem udało mi się nie popsuć ani jednego kółka, sukces!
przewierciłam, czas na szlifowanie, żeby nie było wąsów po wierceniu. i w końcu robię miseczki. mam taką kostkę z wydrążonymi półkulami (nazywa się toto anka) i pasujące do tych półkul punce (kula zakończona grubym stalowym prętem). kładę kółko w otworze w kostce, na to punca i walę młotkiem. oby nie w palec.
7. mam już oprawę kamieni i miseczki. to teraz czas na pozostałe elementy. tym razem sięgam po drut, najpierw będę robić wisior, więc sięgam po drut grubszy. oczywiście jest twardy, więc palnik w dłoń i go wygrzewam, prawie do czerwoności, potem czekam, aż ostygnie. pod wpływem wygrzewania drut mięknie i można go giąć. więc zwijam go na takim specjalnym czymś w koło, raz drugi. może drut jest miękki, ale nie za bardzo. trudno to się robi. mam koło, odcinam, tnę na pół. i zabieram się za elementy kolczykowe, w ten sam sposób, tylko i na szczęście drut jest cieńszy.
8. mam 6 łuków, z okrągłego drutu, więc kowadło i młotek w dłoń. pac, pac i po chwili są już płaskie.
9. niestety muszę dorobić uszka, więc łapię znów za drut, tym razem zupełnie cienki, do walcarki go i spłaszczam. potem wygrzewam. i robię 18 pętelek-łezek. każdą z nich na końcu lutuję i szlifuję do w miarę równej długości.
10. czas połączyć do wszystko razem. lutuję po trzy uszka do każdego łuku. tutaj muszę zwrócić uwagę, żeby uszka, na których będą zamocowane miseczki były w odpowiedniej odległości od siebie, tak by miseczki nie zachodził na się i nie były za daleko.
11. zlutowane. więc czas się pozbyć brudu po lutowaniu i resztek boraksu, który ułatwia lutowanie. w tym celu idę do kuchni, gdzie mam garnuszek z mocnym roztworem kwasku cytrynowego. elementy naszyjnika wrzucam do owego garnuszka i podgrzewam do wrzenia.
tutaj mam przerwę. mogę np. zupę dla domowników ugotować skoro już jestem w kuchni.
12. wyławiam z kwasku już białe, bo wytrawione do czystego srebra, elementy, płuczę porządnie i suszę.
13. czas na szlifowanie. najpierw włóknina, pilniczki, potem tarczki polerskie. dużo tego. gdy szlifuję taką niebieską i strasznie pylącą niebieską tarczką zazwyczaj przychodzi listonosz :D. łuki młotkuję, żeby nadać im fakturę. co robię? biorę młotek zakończony kulką, kładę łuk na kowadło i delikatnie, czasami mocniej, walę tym młotkiem, kulka się odbija na metalu i faktura jest ciekawa.
14. kamienie! tj. kaboszony leżą samotne i niezagospodarowane. czas je oprawić.
zaczynam od największego. okazuje się, że zrobiłam cargę za wysoką, więc szlifuję na odpowiednią wysokość, potem poleruję i na wszelki wypadek zbieram trochę z grubości ścianek cargi – będzie mi łatwiej oprawiać. wciskam kamyk, biorę kolejne narzędzie w ręce i delikatnie doginam ową cargę do kamienia, najpierw symetrycznie, a potem po obwodzie. raz, drugi, trzeci. gładzę, poleruję. to samo z małymi kamykami.
15. eee, nie. błyszczące wygląda niekorzystnie. biorę włókninę i ręcznie matowię/ przecieram wszystko.
16. eeee. także w kolorze czystego srebra to jest takie nudne. więc odtłuszczam – płyn do mycia naczyń, powinnam włożyć w aceton, ale nie mam. i do oksydy, oksyda to taki zajzajer siarkowy, który barwi na czarno/ brązowo/ tęczowo srebro. potem płuczę. i jeszcze raz płuczę. otrzymuję czarne i matowe kawałki srebra.
17. czarne i matowe też nie, bo nie mają głębi. więc znów za włókninę i delikatnie przecieram. oksyda zostaje tylko we wklęsłych elementach.
18. ufff. czas na montaż. cholera, kółka montażowe świecą się, jak psu jajca i są jasne. znów włóknina i matuję. a potem oksyda, płukanie, suszenie i delikatne przecieranie.
19. montaż. mam nadzieję, że nie pogubię niczego. nie pogubiłam. mam wszystko zmontowane. wszystko? nie. zapomniałam o biglach do kolczyków. pudełko ze srebrem, mam! ale znów się błyszczą i są jasne. włóknina, oksyda, włóknina.
20. na czymś by się przydało zawiesić wisior. waham się pomiędzy rzemieniem, a sznurkiem bawełnianym. a ponieważ nie wiem, więc, potencjalna klientka wybierze –>21.
21. sesja zdjęciowa. halogeny, namiot bezcieniowy, różne tła np. XVIII kula armatnia. naszyjnik z rzemieniem i paroma rodzajami sznurka. różne ujęcia.
22. obróbka zdjęć. wtedy odpoczywam.
23. wrzucam prace do galerii, na fb i wszędzie, gdzie mogę.
24. piszę ten wpis. sama nie wierzę, że tyle pracy muszę włożyć, aby taki galantny komplecik zrobić.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii praca

 

3.

05 lis

wczoraj, bodajże, była premiera kolekcji Balmain dla H&M. przed chwilą weszłam na stronę H&M on line i chciałam sobie te cuda pooglądać. okazało się, że w internetach też muszę postać w kolejce, niemamowy i niebędęstaćwkolejce.

HiM_online

więc poszłam na allegro, po to aby obejrzeć biżuty, bo odzież mnie raczej nie interesuje*. obejrzałam sobie ceny biżutów na allegro. i się zniesmaczyłam. bo to ani projekt, ani wykonanie ciekawe, ani materiały zacne. tylko toto obrandowane.

balmain

ponieważ mi szczęka opadła, to się udam do pracowni i tam powycinam ząbki w pasku do oprawy ładnego kamyczka. ręcznie powycinam.

oraz. w związku i bez. w niedalekiej przyszłości będzie notka informacyjna, o tym, ile czynności należy wykonać, aby galantny komplecik biżutowy zrobić.

*jestem z kasty: T-shirt, szara marynarka, dżinsy, kolorowa chusta albo golf do dżinsów. oraz najchętniej kowbojki.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii praca

 

2.

03 lis

jest taka grupa na fb. grupa rodziców dzieci, które nie chodzą na religię. z przyczyn niechodzenia na religię Zosi się tam zapisałam. niestety, nie ma tam w zasadzie żadnych sensownych rad, jest za to chora gorliwość neoficka i antyreligijny fanatyzm. ostatnio fanatyzm podzielił się na dwie odnogi, oto mamy ruch antykatolicki i antyislamski.

grupa ta, to ciekawe miejsce do obserwacji wszelkiego rodzaju. na ten przykład pojawił się problem, że dziecko miało napisać pracę opierając się na na cytacie z Biblii – „czyńcie sobie Ziemię poddaną”. i co oburzyło część osób z grupy? to, że nauczyciel sięgnął po Biblię. jak on śmiał.

wkurza mnie to. antyklerykalizm antyklerykalizmem, ale jak bez znajomości Biblii, mitów greckich/ rzymskich można zrozumieć literaturę, sztukę? i inne takie przyjemności. np. takie:

Not funny Moses!

to znaczy i zmierzam do tego, że wszelka ekstrema robi się mi coraz bardziej obca. ewidentnie się starzeję.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

1.

02 lis

będzie bez początku, bo początek był wiele lat temu.

taaak. jak to ładnie brzmi, to „mam pracownię w domu”. pracownia w domu polega na tym: lutuję ->lecę do łazienki bo pranie, lutuję -> kuchnia bo obiad, lutuję -> toaleta, gdyż coś mi podśmierduje. i tak dalej.

jest jeszcze przyjemność pod tytułem „Zośka choruje, Zośka ma wolne, Zośka ma rekolekcje”. wtedy łączę pracę w domu z opieką nad. oczywiście dziecko, już nie Larwa, jest spore i w zasadzie bezobsługowe. ale ma pewną właściwość. gdy ja siadam do pracy i rozkładam się w pracowni, Wena (dziwka) coś szepcze mi do ucha, wtedy z pokoju hrabiny dobiega „mamooooo”. no to lecę. w zasadzie powinnam się oduczyć tego biegania i zmusić ZMUSIĆ bachora, aby do mnie przychodził, ale biega dziewczyna na bosaka, a w pracowni jest syf. no i przerywam, lecę, ratuję, tłumaczę.

dziś zaliczyłam kłótnie na temat „pisz w ćwiczeniach ołówkiem”, „dlaczego okładkę książki malujesz na A5 – przecież nic nie widać”*, „napisz plan dnia, masz trochę do zrobienia” „przestań na mnie wrzeszczeć” (nie wrzeszczałam, mówiłam to, co jej się nie podobało”.

srebro nic nie mówi, srebro rozumie.

*podejrzewam, że tendencja do miniaturyzacji jest ze szkoły. tam się nie maluje na dużych formatach, tylko dziubdzia, więc Zosia, która jakiś tam talent plastyczny ma, zaczyna mieć problemy z kompozycją i maże, a nie maluje. całe szczęście, że chodzi do pracowni plastycznej, to może znów nauczy się dobrze rysować.

na szczęście przyszedł pan pocztylią i dostarczył piękny kamień. miło

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii